Dzisiaj jest Sobota 26-05-2012
Klub samobójców
Klub samobójców to cztery powiązane ze sobą historie ukazujące, poprzez ostrą satyrę społeczną i czarny humor siłę autodestrukcji i rozpaczy, jakie wyzierają z pozornie szczęśliwej egzystencji rzekomo spełnionych ludzi.

    Pierwsza historia to losy Michała, asystenta na Uniwersytecie Gdańskim, którego ukochana przebywa w Wielkiej Brytanii. Sfrustrowany związkiem na odległość, uzależnia się od czatu ,Klub samobójców’, na którym różne osoby deklarują wolę samobójstwa, potem zaś faktycznie umierają. To opowieść o tęsknocie, frustracji i obsesji, i o tym, do czego one prowadzą.
    Magda, narzeczona Michała, zachłystuje się atmosferą Londynu, próbując „ugrać” jak najwięcej dla siebie w metropolii. Obserwujemy jej rzadkie wzloty, częste i bolesne upadki, które wynikają z jej postępowania: godzenia się na rzeczy niemoralne, głupie i naganne.
    Kolejna opowieść skupia się na Macieju Trybulskim, pisarzu po debiucie. Samotnik i nieudacznik, próbuje napisać drugą książkę i podtrzymać przypadkową dobrą passę. Obserwujemy ,festiwal’ jego złych pomysłów i codzienne perypetie, związane głównie z promocją i próbami twórczymi.
   Jest jeszcze, doktor Wolniewicz, psychoterapueta, i dziesiątki jego dziwacznych pacjentów, którzy budzą raczej uśmiech i politowanie niż współczucie.  
     Klamrą spinającą wszystkie opowieści jest kwestia samobójstwa rozumianego fizycznie, twórczo, moralnie i na inne sposoby.
    Każdą z czterech opowieści kończy przewrotna puenta...

Wartka akcja, płynny język narratorów – głównych postaci, dopełniający ich charakterystykę, nadający im plastyczność i dodający realizmu. Atutem powieści jest głębokie osadzenie we współczesnej rzeczywistości, uniwersalność emocji i doskonały czarny humor.

Premiera: 15 lipca


Przeczytaj fragment:
(...)
3 c, w którym Maciek usiłuje promować swoją książkę w pociągu.
Pociąg do Warszawy ruszył z obskurnego czwartego peronu. Usadowiłem się wygodnie w przedziale – na razie będąc tam jedyną osobą, pełen exclusive. Zresztą regułą było, że na wysokości Trójmiasta pociągi dalekobieżne były o tej porze relatywnie puste. Ciekawe, kto się dosiądzie – zawsze mnie to intrygowało, uruchamiało wyobraźnię, wręcz angażowało emocjonalnie. Więc kto? Podejrzany typ, którego nie stać nawet na kurtuazyjne „dzień dobry, wolne?”; zadbana pani z książką i ślicznie opakowanym wafelkiem; dwójka rozpaczliwie gadatliwych studentów; podlotek co chwila wysyłający SMS-y czy też może stara kobieta, która praktykuje na współpasażerach „Rozmowy niedokończone”? Ci, którzy wypełniali przedział, definiowali przecież samą podróż, czyniąc ją albo doświadczeniem ciekawym, albo znośnym, albo wyjątkowo uciążliwym. Jak w życiu, tak i w pociągu – układ idealny nigdy się nie zdarzał, ale można było mieć przynajmniej nadzieję, że nie trafimy najgorzej.
Między Gdynią a Sopotem do mojego przedziału weszła jakaś dziewczyna ubrana w pretensjonalną różową kurtkę z frędzelkami. Nie odpowiedziawszy na moje „dzień dobry”, położyła jakąś maskotkę na stoliku i oddaliła się. Dziwne. Obejrzałem zabawkę ze wszystkich stron – mały pingwinek w okularach i z serduszkiem, na którym było napisane „dziękuję”. Na chuja mi to, mówiąc brzydko? Pingwin stał się w ostatnich latach najbardziej natrętnym zwierzęcym charakterem przemysłu rozrywkowego, rozpasanym w tysiącu takich samych filmów; towarem bezczelnie nadużywanym przez producentów wszelkiej maści zabawek, ubrań i książek. Bezceremonialnie wrzuciłem ten kicz do kosza.
Rozsiadłem się wygodnie, mając pod ręką „Wiadomości” sprzed trzech tygodni, żeby – gdy tylko nadarzy się okazja – rozłożyć je w taki sposób, aby strona z recenzją mojej książki była widoczna dla osoby siedzącej naprzeciw mnie, ewentualnie także dla tych, którzy siedzieli pod kątem, po bokach.
W Sopocie dosiadła się jakaś elegancko ubrana kobieta – ukłoniła się dość mechanicznie, z jakimś poczuciem wyższości, a następnie, z teatralną nieporadnością usiłowała umieścić bagaż na półce. Wstałem niechętnie. Znałem dobrze ten numer – wymuszanie uprzejmości na męskim współpasażerze, demonstracyjna indolencja, polowanie na dżentelmena. Nie miałem wyjścia, pomogłem jej. Podziękowała, a następnie sięgnęła do torebki, wyjmując z niej... książkę. Serce zabiło mi mocniej, ale próżne były moje nadzieje, fałszywy alarm, okazało się niestety, że to tylko Gretkowska. Niemal w tym samym momencie wróciła ta dziewczyna w różowej kurtce – czego do cholery mogła jeszcze chcieć? Wpatrywała się we mnie, a potem zaczęła coś mruczeć i machać rękami, jakby odjęło jej mowę. Zignorowałem ją dość skutecznie; w końcu sobie poszła. Odetchnąłem z ulgą, a następnie celowo zaszeleściłem otwartymi na odpowiedniej stronie „Wiadomościami” – niestety na próżno, bo ona, współpasażerka, kompletnie mnie ignorowała (w końcu nie byłem już do niczego potrzebny); ta nieszczęsna Gretkowska pochłonęła ją bez reszty, wciągnęła całą tą tanią pornografią, podwójnymi łechtaczkami, wyjadaniem mózgów i innymi okropnościami. Nigdy nie przeczytałem żadnej z jej książek, wystarczyło mi zapoznanie się z kilkoma recenzjami i kilkoma jej felietonami, żeby się zupełnie zniechęcić.
Siedziałem i „czytałem” tę jedną stronę „Wiadomości” z dziesięć minut, ale nic, żadnego zainteresowania, nawet śladu jakiejkolwiek reakcji. W końcu więc złożyłem gazetę, a wraz z nią broń, położyłem głowę na stoliku i postanowiłem się trochę zdrzemnąć. Dojeżdżaliśmy w tym momencie do Gdańska Głównego. Kiedy próbowałem skurczyć swoje długie ciało w taki sposób, aby jakikolwiek odpoczynek był w ogóle możliwy, drzwi przedziału uchyliły się i do środka wgramolił się konduktor.
–    Kontrola biletów – oznajmił basem.
–    Przepraszam, Warszawa Centralna jest przed czy po Wschodniej? Jadę na spotkanie z wydawcą, spieszymy się na wywiad, nie chciałbym się z nim minąć... – udawałem niewiedzę i zakłopotanie.
Popatrzył na mnie wzrokiem pełnym nieskrywanej pogardy i wykrztusił suche „po”. Zimny prysznic, ale co z tego – kolejarze nie czytali ani tym bardziej nie kupowali książek, więc pewną naiwnością z mojej strony było oczekiwanie, że mógłby zapytać o szczegóły tego spotkania. Oczywiście coś takiego jak zawodowa grzeczność konduktorów była czystym oksymoronem.
Zapewne pomyślał, że uważam się za kogoś lepszego niż on sam.

3 d, w którym doktor Wolniewicz przyjmuje obsesyjną fankę braci Mroczków.
–    Doktor Wolniewicz? – spytała mnie mniej więcej osiemnastoletnia dziewczyna, uchyliwszy drzwi mojego gabinetu.
–    Nie lubię słowa doktor. – Uśmiechnąłem się do niej przyjaźnie. – Ja nie leczę, a co najwyżej pomagam zdiagnozować problem i wskazuję uczestnikowi sesji, jak powinien sam sobie pomóc. Niech pani wejdzie.
–    Mama powiedziała, że pan mi pomoże... – Spojrzała na mnie dobrotliwym wzrokiem.
–    Mama panią tu przysłała? Proszę powiedzieć, żeby następnym razem matka przyszła z panią. Często rodzice wysyłają dzieci do psychiatrów czy psychologów, a tak naprawdę to oni sami potrzebują kompleksowego wsparcia. No więc dlaczego mama uważa, że pani potrzebuje pomocy?
–    Mówi, że mam obsesję na punkcie braci Mroczków – wyznała. – I chyba coś w tym jest. Tak, myślę, że obsesja to dobre słowo, choć nie jest mi łatwo się do tego przyznać.
–    Nie wiem, czy będę w stanie coś poradzić w tak dziwnym i odosobnionym przypadku... Proszę, niech pani usiądzie. Zamieniam się w słuch...
Usiadła, założyła nogę na nogę i, nieco speszona, zaczęła snuć swoją dziwną opowieść.
–    Wszystko zaczęło się od „M jak miłość”. Na początku, tak jak wszyscy, uważałam, że bracia Mroczkowie to żadni aktorzy, wciśnięci gdzieś po znajomości bliźniacy, którzy nie mieli nawet czym nadrabiać zaległości aktorskich. Ale potem coś we mnie pękło, coś spowodowało, że zaczęłam zmieniać zdanie na ich temat. Nagle zaczęło mi się podobać, jak Marcin się porusza, jak Rafał się uśmiecha, zaczęłam się przejmować ich ekranowym losem, zaczęłam bronić ich umiejętności aktorskich podczas spotkań przy herbacie ze znajomymi... Zamieszczałam setki pozytywnych komentarzy na Pudelku.
–    Nie ma pani innych tematów przy herbacie ze znajomymi? – Byłem bliski wymownego puknięcia się w czoło.
–    No i to po prostu narastało – zupełnie zignorowała moją uwagę – zaczęłam szukać notatek prasowych na ich temat, wycinać je i zbierać, drukować wiadomości z Pudelka, pisać na własny użytek kronikę ich serialowych losów, założyłam nawet fan club i stronę internetową.
–    Zabrnęliśmy więc całkiem daleko. – Nerwowo zacząłem stukać palcami w blat stołu. – Ale to jeszcze nie powód do paniki... Będę z panią szczery – bracia Mroczkowie nie mają potencjalnie żadnych wdzięków czy talentów, by stać się czyimiś idolami, a tym bardziej obsesją. Pani przypadek to czystej postaci podwójna patologia...
–    Czy ja wiem... Dlaczego zaraz patologia? Co jest złego w byciu fanką?
–    Nie ma pani chłopaka, nie ma innych zainteresowań, na których można by się skupić, zamiast marnować swój czas na dwójkę podrzędnych aktorów? – To się nazywała konstruktywna krytyka. W głębi duszy uważałem, że dziewczyna była seksualną frustratką, ale przecież nie będę wypowiadał takich uwag na głos na tym etapie terapii.
–    No niechże pan przestanie ich obrażać – obruszyła się nagle. – Po co pan tak podkreśla, że oni tacy podrzędni... Gdyby byli podrzędni, toby się tak długo nie utrzymywali, no nie? I tak ładnie tańczą...
–    Przepraszam... – zawiesiłem głos. – Ale pani dobrze wie, o co mi chodzi. No i co z tym chłopakiem?
–    Miałam chłopaka, ale mnie zostawił – wyznała.
–    Jak to się stało? – dociekałem. – Nienawidził Łepkowskiej?
–    Niech pan przestanie, proszę... Arek... Arek, mój chłopak, wszedł do mnie do pokoju i zastał mnie... – urwała gwałtownie.
Oblał ją rumieniec wstydu, mniej więcej taki, jaki oblewa wiejską dziołchę ucałowaną przez najprzystojniejszego kawalera z sąsiedniej wsi.
–    No proszę, przede mną nie można mieć sekretów, ja jestem jak świecki spowiednik, wysłuchuję, pomagam, rozgrzeszam, wskazuję drogę, choć nie zadaję pokuty! – odezwałem się zachęcająco.
–    Zastał mnie... Masturbowałam się podczas „Tańca z gwiazdami”, wie pan, z kim...
–    Niedobrze, niedobrze... – pokręciłem głową zniesmaczony.
–    Potem mój chłopak, żeby się zemścić, powiedział o wszystkim mojej mamie, a ona wskazała na pana jako ostatnią deskę ratunku. Mama mówi, że pan jest naprawdę skuteczny...
–    Zaraz, zaraz, a skąd niby to wie? Czy ona też była moim gościem na kozetce? – zastanawiałem się głośno.
–    Tak. Nie pamięta pan takiej pani po pięćdziesiątce, której wydawało się, że była Józefiną w poprzednim wcieleniu? – przypomniała. Mógłbym przysiąc, że w jej głosie pobrzmiewała ironia.
–    Ach! – wykrzyknąłem zdumiony, przywołując w pamięci tę niezwykłą klientkę (choć określenie „niezwykła” miało dla mnie zawsze wymiar relatywny i nietrwały, bowiem szybko przytrafiał się ktoś, kto odbiegał od normalności jeszcze bardziej i w jeszcze dziwniejszy sposób niż jego poprzednik).
Panią Nawrocką, bo o niej mowa, długo musiałem pocieszać z powodu Waterloo, kasując spore pieniądze za wspólne rozważanie alternatywnych politycznych i militarnych scenariuszy oraz udowadnianie jej za każdym razem tego samego – że cokolwiek by zrobił Napoleon, to i tak stał na przegranej pozycji. Kiedy już przebrnęliśmy przez samą historię, zacząłem jej spokojnie tłumaczyć, że tak naprawdę reinkarnacja to stek bzdur wymyślony przez kilku biednych hindusów, którzy chcieli zwrócić na siebie uwagę; pogląd spopularyzowany przez paru obłąkanych pastuchów, którzy zżyli się z bydłem do tego stopnia, że na siłę zaczęli szukać z nim wspólnej przeszłości.
Wiem, że gdyby o tego rodzaju sesji dowiedziała się któraś z gazet czy ambasada Indii w RP, natychmiast napiętnowano by mnie, a może i odebrano dyplom albo skazano na wegetację, szeregując wśród ekspertów naukowych ojca Rydzyka. Ale ja kierowałem się swoim własnym kodeksem i w trosce o satysfakcję klienta oraz skuteczność samej terapii, zrobiłbym dosłownie wszystko, co było w mojej mocy, nie zawahałbym się sięgnąć po najbardziej radykalne i kontrowersyjne środki, wypowiadać nawet najbardziej niestosownych kwestii.
Kończąc historię „Józefiny” – w końcu zwerbowali ją mormoni, najwidoczniej gładko ogoleni i miło gadający panowie w białych koszulkach szybko wydedukowali, że mają do czynienia z łatwym łupem, który szybko da się omamić historią wielebnego Smitha i jego rzekomego spotkania z Jezusem. Spotkałem ją wkrótce potem na ulicy, nie poznała mnie, a ja nie zamierzałem się wcale przypominać i wysłuchiwać za darmo tego, co miała mi do powiedzenia.

Jej córka dla odmiany marnowała czas na dwóch takich, co ukradli sławę komuś, kto naprawdę na nią zasługiwał. W końcu mówiło się, że dziewięćdziesiąt pięć procent polskich aktorów nie wykonuje zawodu. Wychodzi więc na to, że albo dziewięćdziesiąt pięć procent osób występujących na scenie, w filmie i tak dalej to amatorzy (jak bracia Mroczkowie właśnie), albo to ci sami ludzie obsadzający wszystko, co tylko się da, gdzie się da i jak się da.
Należało tę młodą kobietę przywołać do porządku, wyrwać z absurdalnego letargu, w jakim się znajdowała, odzyskać dla rzeczywistości.
–    Niech pani się opamięta! – warknąłem, decydując się na frontalny atak. – Cierpi pani na pomroczność jasną i nie ma co się nad sobą litować. Spalić wyklejanki, odłączyć się od Internetu, streszczenia „M jak miłość” czytać tylko w magazynie telewizyjnym, broń Boże oglądać, żadnych kompromisów, rozumiemy się? A teraz należy się sto złotych i mam nadzieję pani tu już więcej nie oglądać. Powodzenia i proszę koniecznie przekazać ukłony dla mamy! Będziemy musieli kiedyś wypić wspólnie kawę, powspominać stare dobre czasy.
Kurtuazji nigdy dość...


Daniel Koziarski
Urodził się w 1979 roku w Gdyni, która obok Londynu jest jego ulubionym miejscem na świecie. Z wykształcenia prawnik, ale jego prawdziwą pasją jest pisanie. Współpracował z „Gazetą Polską”, pisał scenariusze.
Dla jednej z najważniejszych telewizji brytyjskich napisał scenariusz serialu komediowego „Bloody Foreigners”; niestety, uznała go za zbyt kontrowersyjny, zwłaszcza w dobie post-zamachowej. Jako pisarz zadebiutował powieścią „Kłopoty to moja specjalność, czyli kroniki socjopaty”, życzliwie przyjętą, zarówno przez czytelników, jak i recenzentów. Kolejna książka o groteskowych przeżyciach Tomasza Płachty to „Socjopata w Londynie” - „Dziennik” uznał ją za „niemal gotowy scenariusz na sitcom roku - niepoprawny politycznie, inteligentny i zabawny”, Newsweek dodaje „Więcej takich książek, a obalimy mit o Polakach ponurakach.   
Wielbiciel Allena, Stinga oraz niepoprawnych politycznie seriali komediowych.
Regularnie redaguje swojego bloga na www.daniel-koziarski.bloog.pl, na którym czasem uprawia agresywną publicystykę.
wstecz

Ankieta

Na jakie filmy lubisz chodzić do kina?

akcji
komedie
romantyczne
przygodowe
horrory
na każdy
nie chodzę do kina

Citroen Saxo LPG Lublin Szukasz miejskiego taniego auta? Sprawdź ofertę sprzedaży Citroena Saxo z Lublina z LPG!